Japońska punktualność to nie mit

Pierwszy student z japońskiej uczelni Shibaura Insitute of Technology (SIT) przyjechał do Uniwersytetu Jana Kochanowskiego dwa lata temu, aby zrealizować program badawczy z zakresu chemii na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym. Krótko po Shumpeiu Teradzie do Kielc zawitała jego koleżanka Tomomi Imai. Wtedy zrodził się pomysł podtrzymania, a nawet rozszerzenia współpracy z japońską uczelnią o możliwości wymiany edukacyjnej nie tylko studentów, ale i wykładowców oraz pracowników administracyjnych obu uczelni. Taką możliwość dało włączenie SIT do projektu współpracy z krajami spoza Europy w ramach programu Erasmus+, którego ofertę z roku na rok rozszerzamy o nowe uczelnie zagraniczne.

Już pierwsze kontakty mailowe i telefoniczne, choć bardzo oficjalne, pełne zawiłych form grzecznościowych i wielokrotnych „ukłonów”, pozwoliły mieć nadzieję na powodzenie wspólnych przedsięwzięć. Intensywna wymiana korespondencji z pracownikami Działu Współpracy Międzynarodowej (Global Initiatives Division) rozbudziła we mnie chęć poznania metod i stylu pracy moich japońskich kolegów, wymiany doświadczeń i dobrych praktyk, a przede wszystkim osobistego kontaktu i nawiązania bezpośrednich relacji.

Wyjazd do Japonii stał się faktem dzięki dofinansowaniu z projektu Erasmus+ KA107 Współpraca z Krajami Partnerskimi. Na moje plany wizyty w SIT Japończycy zareagowali szczerą radością i serdecznym zaproszeniem. Z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem ustaliliśmy szczegółowy program pobytu, a ja rozpoczęłam przygotowania do wyjazdu starając się wyczytać jak najwięcej o Kraju Kwitnącej Wiśni, jego tradycjach, kulturze i niezwykłych mieszkańcach.  Wszystkim, którzy planują wyjazd do Japonii polecam „Przewodnik ksenofoba – Japończycy”. Według samych autorów to „szczere i zabawne spojrzenie na Japończyków oraz na to, co czyni ich Japończykami”. Wiele opisanych sytuacji, które podczas lektury wydawały mi się przejaskrawione i nierealne, odnalazłam w japońskiej rzeczywistości.

Dział Współpracy Międzynarodowej  w Shibaura Institute of Technology to ponad dwudziestoosobowy zespół znakomicie ze sobą współdziałających osób, pracujących w jednym ogromnym, ale i zaskakująco dobrze zorganizowanym pomieszczeniu, gdzie każdy ma swoją indywidualną, profesjonalnie zaaranżowaną przestrzeń do pracy. Jak w korporacji? Na pierwszy rzut oka może trochę tak, ale jednak inaczej, bardziej indywidualnie. Moi japońscy koledzy znakomicie opanowali umiejętność pracy w tak dużym zespole, świetnie ze sobą współpracują i są na swój skromny sposób z tego dumni. A może „teamwork” mają po prostu we krwi? Pracując intensywnie w tak dużym zespole potrafią jednocześnie nie przeszkadzać sobie nawzajem. Zaskoczyła mnie spokojna, ale i radosna atmosfera pracy. To prawda, pracują długo, ale miałam wrażenie, że w swego rodzaju komforcie, nie spiesząc się, systematycznie i konsekwentnie wykonując przydzielone im zadania. Od pierwszego dnia poczułam się jak w zespole, jakby na właściwym miejscu – dostałam swoje biurko i wszelkie niezbędne narzędzia do pracy, tak na wszelki wypadek, gdybym potrzebowała. Pomyśleli o wszystkim. Nawet o małym przenośnym  wi-fi, mieszczącym się w kieszeni,  o laptopie, czy przyborach piśmienniczych nie wspominając.

Mój zwykły dzień w Tokio był równie intensywny, co bardzo „japoński”. Już od pierwszego dnia pobytu weszłam w charakterystyczny rytm pracy. Koledzy zaplanowali dla mnie zajęcia codziennie od rana do wieczora. Dzień na uczelni kończyłam zwykle około 18.00 – 19.00, często już po zmroku, bo w maju w Tokio zmierzch zapada już około 18:30.

Program pobytu w uczelni partnerskiej obejmował miedzy innymi wizytę na dwóch kampusach:  Toyosu, który jest również siedzibą władz uczelni i Działu Współpracy Międzynarodowej oraz  Omiya, oddalonych od siebie o ponad godzinę jazdy metrem. Poruszanie się osławionym metrem, czy może szerzej systemem kolei  podziemnej i naziemnej po Tokio, nie sprawia żadnego problemu, o ile znasz nazwę przystanku docelowego i nazwę linii, która Cię tam zabierze. Nazwy stacji opisane są również alfabetem łacińskim, a oprócz komunikatów w języku japońskim słyszymy komunikaty po angielsku. Korzystanie z metra i przesiadki między różnymi liniami ułatwiła mi przedpłatowa karta Suica, której funkcjonalność najłatwiej docenić podróżując pociągami po tokijskiej metropolii.

 „Japońskość” to nie tylko praca wypełniająca cały dzień, ale i setki ukłonów, uprzejmości, zwrotów grzecznościowych, których doświadczałam na każdym kroku. Koledzy z Japonii byli niezwykle troskliwi, upewniali się nieustannie, że czuję się dobrze i niczego mi nie brakuje. Chcieli wiedzieć, czy dobrze spałam, czy zjadłam smaczne japońskie, a może europejskie śniadanie, czy nadal odczuwam skutki długiego lotu międzykontynentalnego i czy nie potrzebuje odpocząć. O moje samopoczucie i realizację programu pobytu troszczyli się nie tylko pracownicy Global Initiatives Division, ale i wykładowcy oraz studenci SIT. Po kilku dniach czułam wręcz potrzebę niezależności i poprosiłam o możliwość samodzielnego powrotu z uczelni do hotelu. Japończycy martwili się, że nawet ich zdaniem skomplikowany system podziemnej kolejki mógłby mi sprawić problem w poruszaniu się po mieście. A tego by sobie nie wybaczyli, gdybym nie daj Boże pomyliła stacje lub zgubiła drogę.

Japończyk nie zna słowa „nie”, co nie znaczy, że nie jest asertywny. Odmawiając, posługują się długimi i zawiłymi formami grzecznościowymi. Kiedy poprosiłam w hotelu o możliwość wypożyczenia adaptera do gniazdka elektrycznego, usłyszałam w odpowiedzi: „Bardzo przepraszam, proszę wybaczyć, jest mi niezmiernie przykro, ale nie mogę obiecać, że jutro będą dostępne”, co należało zrozumieć, że adapterów nie ma i nie będzie do końca mojego pobytu.

Kiedy po tygodniu intensywnej pracy nastąpił weekend, zdałam sobie sprawę , że ja przecież jeszcze nie widziałam Japonii! Kiedy delikatnie zasugerowałam kolegom, że program kulturalny jest równie cennym doświadczeniem w wymianie edukacyjnej, w sobotę zabrali mnie do parku położonego wokół pałacu cesarskiego, do pięknego ogrodu japońskiego Hama-rikyu, czy kompleksu świątyń buddyjskich Jodo-Buddhist Zojo-ji. Aby poczuć odrobinę swobody wyprosiłam jeden dzień w tygodniu – niedzielę wolną. Platforma widokowa na wysokości 350 metrów w Tokyo Skytree pozwoliła mi zobaczyć panoramę tej ponad  dziesięciomilionowej aglomeracji, której granice wykraczały poza horyzont, a widok Fuji Jamy ukoił moje serce spragnione japońskich krajobrazów. Natomiast wizyta w historycznej dzielnicy Asakusa, ze świątynią Senso-ji, do której prowadzi ogromna brama Kaminari-mon (Brama Grzmotów) zaspokoiła moją potrzebę doświadczenia historycznej kultury Japonii.

Japonia smakuje sushi, ryżem, tempurą i pachnie zieloną herbatą. Nie lubię surowej ryby, ani kawioru ale te podane w artystyczny wręcz sposób, w tradycyjnej japońskiej restauracji, gdzie obowiązkowo buty należy zostawić w przedsionku, a nogi ukryć pod niskim stołem w specjalnie do tego zaprojektowanych przestrzeniach, smakowały wyjątkowo. Może pomogła odrobina sake? Umiejętność wprawnego posługiwania się pałeczkami nie przyszła od razu. Nauka zajęła mi kilka dni, ćwiczyłam wytrwale, codziennie wieczorem chwytając i przenosząc orzeszki z miejsca na miejsce – dotrzymałam słowa danego Japończykom i do końca mojego pobytu w Tokio, opanowałam tę niezwykłą dla mnie sztukę jedzenia. Spożywanie japońskich potraw przy pomocy pałeczek wydaje mi się teraz tak naturalne, że czuję swego rodzaju potrzebę jedzenia ryżu właśnie pałeczkami, widelec i nóż jakoś przestały pasować do ryżu. Brakuje mi japońskich smaków w Polsce. Zielona herbata powszechnie dostępna i całkiem popularna w Polsce, nie smakuje tak samo, jak ta, która swym aromatem, kolorem, sposobem serwowania urzekła mnie w Japonii. Poranna kawa? Przy japońskiej aromatycznej herbacie, bez trudu o niej zapomniałam.

Japońska punktualność to nie mit. Piętnaście minut przed wyznaczoną godziną spotkania to akurat tyle, żeby się nie spóźnić. Będąc w miejscu spotkania o czasie, dokładnie o wyznaczonej godzinie właściwie jesteś… spóźniony. Opóźnienie pociągu to rzecz niezwykle rzadka, praktycznie niemożliwa. Chociaż, jeśli przyjąć, że w Japonii przyjazd pociągu o 30 sekund później jest już opóźnieniem, to rzeczywiście, można powiedzieć, że się zdarza. Zdumiewała mnie precyzja japońska, kiedy pociąg zatrzymywał się w wyznaczonym miejscu na peronie z dokładnością niemal do centymetra. Zapytałam, jak to możliwe? Zaprzyjaźniony Japończyk wyjaśnił mi uprzejmie, że zależy to od umiejętności i precyzji maszynisty i nie ma żadnego systemu elektronicznego, który by tę precyzję wspomagał.

Japonia to kraj, w którym zasady są po to, aby je przestrzegać. Nikt głośno nie rozmawia przez telefon, zwłaszcza w metrze, a przed wejściem do pociągu, czy autobusu Japończyk ustawi się w kolejce, w określonym i ściśle wyznaczonym do tego miejscu. Nikt się nie przepycha, nie próbuje ominąć kolejki. Każdy stara się nie sprawiać kłopotu swoją osobą innemu człowiekowi. Tokijczycy noszą maseczki nie z obawy przed smogiem, którego tam po prostu nie ma, ale dlatego, aby nie zarazić innych swoją infekcją. Miasto jest bardzo czyste. Może dlatego, że na ulicach nie ma koszy na śmieci?

Do Polski wróciłam pozytywnie zmęczona, choć z mocnym postanowieniem, że wprawdzie był to mój pierwszy, ale na pewno nie ostatni pobyt w Japonii.

Tekst i zdjęcia: Beata Banach-Rząca